Podobają Ci się rzeczy piękne, ale nie do końca idealne? Przeczytaj ten artykuł i dowiedz się, czym jest Wabi-sabi, pochodzący z Japonii trend, który afirmuje niedoskonałe piękno. 

Ręcznie malowany talerz naprawiony metodą kintsugi. Justyna Karamuz, 2013.

Japońskie korzenie, czyli czym jest Wabi-sabi

Wabi-sabi pochodzi z Japonii. Podobnie jak w przypadku hygge, pojęcie to jest dość enigmatyczne.

„Kiedy pada pytanie co to jest wabi sabi, większość Japończyków potrząsa głową, długo waha się z odpowiedzią i mówi, że bardzo trudno jest wytłumaczyć znaczenie tych dwóch wyrazów”. Serwatowski, W. (2007). Wabi sabi a kansei engineering Perspektywa historyczna – doświadczenia polskie.

Ja spróbuję. Z dystansu łatwiej, nawet jeśli się trochę upraszcza:

Wabi-sabi (侘寂) to podejście do estetyki, filozofia i system wartości. W pierwotnym znaczeniu miało znaczenie negatywne: melancholia, samotność, starość. Z czasem znaczenie ewoluowało w ideę, której sednem jest dostrzeganie piękna w niedoskonałości, przypadkowości i upływie czasu.

Zalety nurtu Wabi-sabi

Dlaczego ten termin mi pasuje? Nie przepadam za buzzwordami, popularnymi hasłami, które powodują, że ludzie więcej gadają niż robią. Mam sentyment do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale nie jestem japonofilem, który zachwyca się wszystkim, co japońskie. A jednak do Wabi-sabi mam szczególne podejście. Na tyle szczególne, że decyduję się napisać o nim artykuł.

Wabi-sabi kojarzy mi się z luzem i swobodą

Nie wszystko jestem w stanie przewidzieć, przekonuję się o tym w każdym nowym projekcie. Często nie wiem, jaka opcja będzie najlepsza: A, B czy C. Gdy w takich sytuacjach zdaję się na przypadek to pewne rzeczy mam z głowy. Mogę skupić się na tych, na które mam wpływ i uważam za kluczowe. Mam więcej dystansu, jestem spokojniejsza i bardziej twórcza.

Wabi-sabi lubi się z ceramiką

Japońska ceramika do herbaty była jednym z obszarów, w których estetyka Wabi-sabi rozwinęła się i wyrosła na ważny element japońskiej kultury.

 Życie ceramików składa się z zaskoczeń. Przedmioty wkładane do pieca wyglądają zupełnie inaczej, niż te, które z niego wyjmujemy. Zmieniają się kolory (np. różowy staje się żółtym), wielkość (glina musi skurczyć się o kilkanaście procent, żeby stać się ceramiką) i faktura. Część z tych zmian jest trudna do przewidzenia, niektóre są zachwycające, inne przyprawiają o siwe włosy.

Wabi-sabi to akceptowanie tego, co nieprzewidywalne. W ceramice się to bardzo sprawdza, choć nie w każdym przypadku efekt takiego podejścia będzie dobry. Niektóre kształty czy materiały potrafią zaskoczyć tylko negatywnie. Dlatego ceramika w duchu Wabi-sabi musi być przemyślana na wstępie. Dobrze dobrana glina, szkliwa i sposób wypału. Żeby przypadkowość miała szansę stać się atutem, pula, z której losujemy musi być właściwa.

Wabi-sabi jest klamrą, która spina skrajnie różne zainteresowania

Zawsze mi się wydawało, że robię rzeczy od sasa do lasa: studiowanie archeologii i praca w branży IT, zamiłowanie do starych rzeczy i upodobanie do minimalizmu, sentyment do gór,  podróże po miejscach zapomnianych i fascynacja techniką, lepienie z gliny i projektowanie usług cyfrowych.

W szeroko pojętym nurcie wabi-sabi znajduję każdą z tych rzeczy i w końcu mogę nadać im wspólny mianownik. Ceramika jest równie ważna, co procesy projektowe. Lubię gdy rzeczy się ze sobą łączą. To oszczędza energię, a czasem mnoży. Niektórzy mądrzy ludzie mówią na to synergia.

Wabi-sabi bardzo pasuje mi też do Slowpresso. Wymyśliliśmy Slowpresso, bo chcieliśmy pić dobrą kawę. Na luzie i bez spiny. W międzyczasie okazało się, że to ważne, żeby pokazywać ludziom, że nie muszą być mistrzami świata w parzeniu kawy, żeby się nią cieszyć i doceniać zarówno smak, jak i samą czynność jej przygotowywania.

Slowpresso wabi-sabi z szarym śladem pędzla, 2018. Zobacz więcej zdjęć.

„Najważniejszy trend w dizajnie w 2018 roku”

Ostatnio o Wabi-sabi dużo słyszymy w kontekście projektów wnętrz i architektury. Pozostawione dziury w tynkach, stare deski, meble ze śmietnika odnowione tylko częściowo, surowy beton. Pokazywanie natury materiałów, robienie zalet z wad. Małe zmiany, zamiast wielkich rewolucji.

Coraz bardziej popularna jest też ceramika inspirowana Wabi-sabi. Bardzo mnie cieszy, bo niewiele rzeczy na świecie zachwyca mnie tak bardzo, jak ceramiczne naczynia w tym stylu. Nierówności, ślady palców, pozwolenie, żeby szkliwo spłynęło swobodnie lub nanoszenie kolorów za pomocą swobodnych machnięć pędzla. Kolory natury, asymetria, nieregularne kształty. Naczynia, które w trakcie użytkowania będą się zmieniać, nabierać patyny i stawać się coraz piękniejsze.

Akceptacja niedoskonałości staje się też mocnym wątkiem w różnego rodzaju projektach cyfrowych i przemysłowych. Małe firmy zwane start-upami starają się działać szybko i zwinnie, żeby wyprzedzić dużą konkurencję. Tworzą prototypy, wykorzystują gotowe rozwiązania. W marketingu stawiają na szczerość i otwarcie przyznają, że tego brakuje a to jeszcze nie jest perfekcyjne. W rezultacie wspomniane wielkie firmy muszą robić to samo i powoli odchodzą od założenia, że wszystko musi być „na wysoki połysk”. Także w aspekcie estetyki.

Dlaczego Wabi-sabi staje się popularne właśnie teraz? Nie wiem, nie jestem analitykiem trendów. Ale gdybym miała zgadywać, obstawiałbym takie przyczyny:

  • Smutek jest piękny, a niedoskonałości potrzebne – w świecie fotoszopa i algorytmów automatycznie dodających uśmiech do zdjęcia takie stwierdzenie jest jak zimny okład na poparzoną opalaniem skórę.

  • Ekologia, oszczędność, zero-waste: słyszymy coraz częściej. Wabi-sabi pasuje tu idealnie. Skoro rzeczy stare i niedoskonałe są piękne, to nie trzeba ich wyrzucać. Można odświeżyć, zaaranżować, połączyć istniejące elementy w nową całość.

  • Wabi-sabi to nie tylko estetyka, termin ma drugie dno: aspekt duchowy. Przemijanie, śmiertelność, upływ czasu – to tematy, które nie pozostawiają nas obojętnymi. Kult młodości ma się dobrze, ale jedną z reakcji na niego jest pogląd, że „starość jest ok”. Starość moja, mojej kanapy i mojej ulubionej filiżanki.

Zniszczony stary tynk może stanowić ozdobę wnętrza urządzonego w stylu Wabi-sabi.

Wabi-sabi vs. Wasabi, czyli kolejny wypaczony buzzword

Od wielu lat jeżdżę w każde wakacje do Ponurzycy pod Warszawą na warsztaty ceramiczne. Przywiozłam tam termin Wabi-sabi, który bardzo się przyjął i zainspirował uczestników. Po pewnym  czasie do słownika weszło nowe określenie. Na niektóre prace zaczęliśmy mówić „wasabi”. Teraz dla bywalców Ponurzycy słowo to oznacza rzeczy krzywe, niedoskonałe w taki mało szlachetny sposób. Nieudane. Bo mamy świadomość, że jest różnica między afirmacją niedoskonałości a zwykłym schrzanieniem sprawy. W końcu wasabi to japoński odpowiednik chrzanu.

Wabi-sabi grozi to samo, co każdemu pojęciu, które staje się popularnym hasłem.  Może zostać wypaczone, spłycone i przekręcone. I wykorzystane do firmowania kiepskiej jakości. Złe wykorzystanie nie zmienia to jednak faktu, że idea jest cenna i sensowna. To że Wabi-sabi nie jest remedium na wszystko, pokazuje sama Japonia. Idea ma stuletnie korzenie w japońskiej kulturze, ale wiele japońskich projektów jest jej zaprzeczeniem.

Co robić, żeby podejście Wabi-sabi nie oznaczało zgody na bylejakość? Dbać o rzeczy, na które mamy wpływ. Skupiać się na tym, co najważniejsze – czasem są to proporcje, czasem kształt, czasem użyteczność. Rozumieć materiał, z którym pracujemy i wiedzieć, czego możemy, a czego nie możemy się spodziewać po działaniu przypadku. I najważniejsze: wiedzieć do czego dążymy. I czy niedoskonałe dzieło, jest doskonałe dla swojego odbiorcy.