Praca, która jest też pasją, robienie na co dzień tego, co się kocha. Najlepiej na własny rachunek, żeby decydować o tym jak, gdzie, kiedy i z kim się pracuje. Bez wysokich zarobków, ale z ciekawymi wyzwaniami, satysfakcją i poczuciem sensu. Szczęśliwe życie, święty Graal naszych czasów.

Marzenie

Cztery lata temu marzyłam o takim scenariuszu. Nie mogłam narzekać na swoją sytuację zawodową, pracowałam jako projektantka UX, w rosnącej branży nowych technologii. Miałam etat w sporej firmie, nie musiałam przesadnie martwić się o finanse. Praca, mimo, że często stresująca, była ciekawa i uważałam, że ją lubię. Ale jeszcze bardziej lubiłam swoje hobby. Popołudnia spędzałam w szkole ceramiki, lepiłam, toczyłam na kole, wymyślałam ciągle nowe wzory. Czułam, że się rozwijam i że to coś więcej, niż tylko odskocznia od codzienności.

Mimo, że teoretycznie zapewniłam sobie równowagę między pracą a życiem, czułam się rozdarta i w sumie nieszczęśliwa. Cały czas gdzieś z tyłu głowy kotłowały się myśli o tym, co mogę zmienić, żeby w końcu pozbyć się frustracji. Długo nie wiedziałam, co tę frustrację powoduje. W końcu dotarło do mnie, że najbardziej przeszkadza mi, że nie wiem kim jestem. Projektantką stron internetowych czy ceramiczką? Praca jest dodatkiem do hobby, czy hobby dodatkiem do zawodu? Co jest ważniejsze?

Postanowiłam to sprawdzić, rzucając się na głęboką wodę. Dosłownie, bo rzuciłam etat i otworzyłam pracownię ceramiczną. Mogłam to zrobić, bo miałam oszczędności i dobrze zarabiającego partnera. To było trzy lata temu. Od tamtej pory nauczyłam się prowadzić biznes i reagować na potrzeby klientów. Zostałam „królową PR” i mistrzynią pakowania paczek z ceramiką. Dowiedziałam się wiele o glinie, piecach ceramicznych, księgowości i wierceniu dziur w ścianach. Mimo, że nie było łatwo, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że to była dobra decyzja.

Ale najważniejsze były te momenty, gdy otwieram jeszcze ciepły piec, wyjmuję z niego moje prace i myślę sobie: nazywam się Justyna Karamuz i jestem ceramiczką.

Ciężka, fizyczna praca

Mimo, że byłam zadowolona ze zmiany, to i tak nie osiągnęłam upragnionego spokoju. Rozdarcie nie zniknęło, tylko zmieniło formę. To, co wcześniej było upragnioną przyjemnością, stało się codziennością, a codzienność męczy. Zawód ceramika jest różnorodny i ciekawy, ale jest też ciężką, fizyczną pracą. Nosiłam bryły gliny, pochylałam plecy nad kołem garncarskim, musiałam pracować w masce, żeby nie wdychać pyłu z gliny i szkliw.  W ramach odskoczni czekała mnie obsługa Facebooka, wysyłanie paczek i odpisywanie na maile klientów.

Rzemiosło nie jest łatwym biznesem, ale własna działalność w innych branżach też rzadko bywa usłana różami. Nawet jeśli udaje się znaleźć klientów, to koszty rosną i mimo sporej sprzedaży i tak zdarza się pukać od dołu w dno konta firmowego. Rozkręcenie jednoosobowej działalności wymaga wysiłku, czasu i samodyscypliny. Wiesz, że bez Twojej pracy nie będzie efektów, że jeśli Ty czegoś nie zrobisz, to się nie wydarzy. Pokusa, żeby pracować non-stop jest ogromna.

Work-life balance

Praca non-stop na pełnych obrotach jest możliwa. Przez krótki czas. Nieco dłużej, jeśli jesteś młody i zdrowy. Ale i tak w końcu poczujesz, że nie dajesz rady, że spada Twoja efektywność, że Twoje ciało i umysł odmawiają współpracy.

Ja po krótkim zachłyśnięciu się wolnością narzuciłam sobie duże wymagania. Nie wiedziałam, ile godzin tygodniowo pracuję, ale i tak uważałam, że za mało. Moja działalność na początku nie przynosiła zysków, a ja założyłam sobie, że nie mogę odpocząć, dopóki tego nie zmienię. Czas mijał, a ja byłam coraz bardziej zmęczona, fizycznie i psychicznie.

Musiałam się odbić od dna depresji, żeby zacząć respektować swoje ograniczenia. Zaczęłam szukać sposobów na to, żeby moja praca była efektywna, sensowna i nie wyniszczająca. Szukałam, czytałam i próbowałam różnych podjeść. W końcu mi się udało. W ostatnim roku wypracowałam system, z który nie jest idealny, ale działa. Monitoruję czas, wyznaczam cele, pilnuję priorytetów, deleguję obowiązki. Jadąc do mojej pracowni ceramicznej, mówię, że jadę do pracy. A potem, że z niej wychodzę. Staram się nie pracować w weekendy i mieć czas na odpoczynek i przyjemności. Czasem łamię swoje zasady, ale i tak jestem dużo lepiej zorganizowania niż byłam, gdy miałam za plecami korporacyjne procesy i wymagającego szefa.

I wtedy dopada mnie refleksja: co się stało z moją pasją?

Paradoks łączenia pasji z pracą

Poczułam uderzenie obuchem w głowę. Chciałam, żeby moja pasja stała się moją pracą, a teraz walczę sama ze sobą o zachowanie granic między pracą a „życiem”. Jestem dużo mniej zmęczona i dużo bardziej efektywna, mój ceramiczny biznes jakoś się kręci, ale pierwotne marzenie nadal nie zostało spełnione.

Projektami, które mnie najbardziej cieszą, ale nie są na liście moich biznesowych projektów, zajmuję się dopiero, gdy odhaczę wszystkie inne obowiązki. Z ekscytacją otwieram piec ceramiczny i wyjmuję z niego nowe prace, ale robię to zdecydowanie za rzadko. Mimo, że uwielbiam pisać, od miesięcy nie napisałam nowego artykułu.

Zaczęłam się zastanawiać, czemu tak jest i doszłam do wniosku, że winowajcą jest dążenie do work-life balance. Z drugiej strony – już próbowałam funkcjonować bez tego podejścia i nie skończyło się to dobrze. A może nie chodzi o to, co robię, ale o to jak myślę o pracy?

Czas wolny czy regeneracja?

W międzyczasie zaczęłam się wspinać. Szukałam nowego hobby, żeby znowu mieć odskocznię. Wspinanie uświadomiło mi, że odpoczynek jest potrzebny, nie tylko w pracy, ale też w czasie wolnym. W slangu wspinaczkowym nazywa się to restowaniem. „Zanim pójdziesz dalej, weź się porządnie zrestuj”. To, że musimy się zregenerować, nie znaczy, że wysiłek nie jest fajny.

Może w moim poszukiwaniu równowagi  wcale nie chodzi o podział na pracę i czas wolny? Tylko na wysiłek i odpoczynek, przezwyciężanie trudności i celebrowanie sukcesów. Radość spędzania czasu z innymi i samotność potrzebną do skupienia. I mądre okrajanie listy rzeczy do zrobienia, żeby na wszystkie ważne starczyło czasu.

Powoli próbowałam to wszystko zrozumieć i poukładać. Pomagały mi rozmowy z ludźmi (takimi, którzy też zarabiają na tym, co kochają i takimi, którzy chcieliby to robić), czytanie wszystkiego, co mi wpadło w ręce – od postów w mediach społecznościowych przez artykuły po książki. W końcu wpadła mi w ręce pozycja pt. „Mitologia Współczesna” Marcina Napiórkowskiego, autora bloga (i fanpage’a na Facebooku) o tym samym tytule. Reszta książki jest o czymś innym, ale  rozdział dziesiąty „Dozorca w raju utraconym” sprawił, że ostatnie puzzle w mojej głowie wskoczyły na swoje miejsce.

Dwa spojrzenia na życie i pracę

Życie i praca to dwa różne światy

  1. Praca to zło konieczne. Trzeba robić wszystko, żeby mieć jak najwięcej wolnego.
  2. Ktoś, kto lubi swoją pracę,  jest pracoholikiem.
  3. W pracy trzeba robić rzeczy, których się nie lubi, inaczej to nie praca.
  4. Oddzielenie pracy odpoczynku i przyjemności jest konieczne.
  5. Im ciężej pracujemy, tym mamy większą szansę na sukces.

Wydaje mi się, że wszyscy tak myślimy, w jakimś stopniu. Książka Napiórkowskiego uświadomiła mi, że to podejście narodziło się wraz z rewolucją przemysłową. Miało sens w fabrykach, teraz może być przydatne, jeśli pracujesz w miejscu, którego nie cierpisz, a Twoje godziny pracy są ściśle określone. Ale przestaje się sprawdzać w sytuacjach, w których wymaga się od nas kreatywności i skuteczności i rozlicza z wykonanych zadań. Nie sprawdza się, kiedy lubimy to, co robimy. I zupełnie, ale to zupełnie nie sprawdza się przy prowadzeniu własnego biznesu.

Zaskakujące jest to, że idea równowagi pomiędzy życiem a pracą (czyli sławny work-life balance) jest bardzo żywa właśnie w zawodach (czy branżach), które są dalekie od fabrycznej rzeczywistości. Znam programistów czy grafików komputerowych, którzy bardzo lubią to co robią i są w tym świetni, ale nie pozwalają sobie na radość z tego powodu. „Bo to tylko praca”.

Nie mówię, że work-life balance nie jest złe albo niepotrzebne. Ale jeśli nas uwiera i przeszkadza, to może możemy go czymś zastąpić?

Praca jest częścią życia

  1. To, co robię zawodowo mówi wiele o tym, kim jestem.
  2. Praca nie jest całym życiem, ale ważną jego częścią. Dobrze jest ją lubić.
  3. W pracy staram się robić jak najwięcej rzeczy, które uwielbiam.
  4. Odpoczynek jest niezbędny, nie tylko od pracy.
  5. Wiele zależy od nas, ale nie wszystko. Do sukcesu może przyczynić się np. przypadek.

Powyższa lista to puenta mojej mojej historii. Całkiem niedawno ją zrobiłam i jeszcze nie wiem, jak taka zmiana podejścia zadziała na dłuższą metę. Na razie jest super. Czuję ulgę, bo teraz nie tylko wiem, kim jestem, ale też w końcu mogę lubić to, co na co dzień robię. Razem z myśleniem zmieniam też działanie. Zaczęłam robić więcej rzeczy, które może nie są biznesowo uzasadnione, ale dają mi kupę frajdy. Więcej pracuję z gliną, robię też takie projekty, które mogą nie mieć sensu z biznesowego punktu widzenia. A może to właśnie one zrobią ze mnie milionerkę? Kto wie.

Czy pasja może zostać pracą i nadal pozostać pasją? Uważam, że tak. Ale, żeby się to stało musimy zmienić sposób myślenia na taki, w którym jest to możliwe. Bo wszyscy tego chcemy, a jednocześnie trochę nie wierzymy w takie bajki.

O autorce – Justyna Karamuz

Projektantka i ceramiczka. Wiele lat pracowała w branży nowych technologii, zanim zdecydowała, że ceramika to jej sposób na życie i założyła markę KARAMUZ. Funkcja i użyteczność są dla niej równie ważne, co estetyka i jakość wykonania. Projektuje rzeczy, które ludzie lubią.
Justyna uwielbia dobrą kawę i herbatę, wiele inspiracji czerpie z tradycji dalekiego wschodu. Razem ze swoim tatą – fizykiem – stworzyła Slowpresso, ceramiczny zestaw do parzenia kawy.

Zrób prezent sobie lub komuś 🎁

☕  ceramiczny zestaw do parzenia kawy dla 1-2 osób:

👉 sitko do parzenia (dripper)

👉 pokrywka / podstawka

👉 dzbanek do serwowania kawy

👉 zapas papierowych filtrów

 
Chcę Slowpresso